Wariat z Elvisem w tle
Dodane przez Jan dnia 14.12.2009 20:31
Czasami spotykam wariata na dachu mojego domu.
Wygrzewa się w słońcu i śpiewa jak Elvis.
I mocno tutaj zaznaczam - nie jest to kot,
gołąb, kawka, sroka czy inny podobny obiekt.

A mój dom nie jest z wiatru; na strychu, nad słowem ostatnim,
nie wisi żadna gwiazda - nic z tych rzeczy.
Wariat nie próbuje nawet zaprząc się do Małego Wozu.
Siedzi na dachu i śpiewa jak Elvis.

Nie jest specjalnie uzdolniony, nie mnoży liści i gwiazd.
Z przyczyn czysto technicznych nie może operować takimi liczbami.
Czasami gram z nim w karty. Tron króla obsiada wtedy stado srok -
a judasza, za srebrne żołędzie, dziewiątki prowadzą na krzyż.

Pytany dlaczego siedzi na dachu - odpowiada,
że wariuje w czworościanach zbyt foremnych.
Zaszczepione gołębie gruchają, gdy mówi,
że on i inni, czyli my, nie jesteśmy czymś oddzieleni.

Jak każdy oświecony wariat, jest poza prawem przyczyny i skutku.
Więzi w płucach dymiące, psiankowate zapachy obiadów.
Jest jakby w dali albo jeszcze dalej,
zawsze otoczony zbiorem bytów poręcznych.

Któregoś dnia upadł. Zdziwiony podniósł się i zamyślił.
Wczoraj widziałem go na strychu wśród rzeczy nieuleczalnie chorych.
Mówił coś o pożyczaniu miłości...
Wieczorem wszedł na dach i zaśpiewał jak Elvis.

Wychodząc z domu zamykam plastykowe okna i hartowane drzwi.
Otulam markizę. Zatykam pakułami zakrzywioną pustkę pod okapem.
W nocy siedzą w niej kawki i gołębie.
Kot wychodzi na dach, odbite w lustrach sroki lecą do księżyca.