|
Być bezdusznym dżentelmenem we fraku. Popijać herbatę,
siedzieć wygodnie na sosnowym krześle, gapić się godzinami
przez okno, omijać pęknięcia i stłuczenia, pielęgnować rysy.
Mieszkać samotnie w zamglonej dolinie, tam gdzie słońce nie
chadza i częściej słoń tupnie złowieszczo. Nie przypadkiem
kryć się za drzewami, szukać drogi powrotnej, która znaczona
jest niepokojem, tymi wszystkimi sposobami, by pozostać.
Wciąż móc powiedzieć: dalej i dalej, za horyzont, ciepło przyjdzie
lada chwila. I potem znowu oszukiwać, skamleć załośnie, być bezdusznym:
Angolem, Niemcem, Francuzem - przeklinać we wszystkich językach świata,
czytać samego siebie od deski do deski. Szmery i szumy, prosto z komory,
głucho z przedsionków i nie zrozumieć tych drgań, ucisków, krwawień.
Od najmłodszych lat pluć w lustro, potem za siebie i wiedzieć,
że wszystko żyje i umiera równoważnie.
Dodane przez topiszepanRadek
dnia 11.08.2010 08:47 ˇ
4 Komentarzy ·
358 Czytań ·
|