|
Łapię przeciwwagę na zakrętach, jadąc tramwajem
z pracy do knajpy. Prosto do domu! - wołanie w słuchawce.
Na obiad - rozczarowanie, na kolację - rozmowa
zgrzytająca zębami, spłynie po ścianach.
Rozdawane uśmiechy nie zawsze szczere, kuszą, na bilbordach.
Bogaci wydają. Biedni dzwigają, rozciągnięte dobrobytem torby,
pękają ze śmiechu, emeryci łatając rządowe dziury,
oszczędzają, na cieple i jedzeniu, na lekarstwa. Państwo wybaczy,
w innych krajach jest gorzej, polityk dupą nie wrośnie w stołek.
Ksiądz w nowym roku niesie dobre słowo, wyświęca głowy.
Lśni kościół jak uśmiech nad pełną kopertą, na tacę każdy daje,
(tak na wszelki wypadek), bo gdzie się oprzeć jak zabraknie oparcia?
Matki zapłakane z dziećmi na rękch, żebrzą o zapomogi,
urzędniczka bezradnie pokazuje paragrafy, przytakuje głową.
Po południu walczą seriale z bajkami, ja uciekam do sąsiada.
Znajomych ciągle trzeba szukać, rozbiegają się w świtle,
jak karaluchy po zakamarkach świata, albo jeszcze dalej.
Czas zmienia twarze, mody i prawa, co zrodzi to rozsypie.
Leżąc zakuty na krzyż, w opadającej złości, rozmyślam:
będę rozwalać mur, cegiełka po cegiełce, ostożnie stąpając,
bo każdy krok niesie nieznane rozwidlenia, dla zmylenia
chodzę ciągle chwiejnie.
Dodane przez 0tis
dnia 13.05.2010 19:41 ˇ
8 Komentarzy ·
655 Czytań ·
|