|
Życie
jak w wielkiej wannie, rozpaczliwie
do brzegu, którego tak naprawdę
nie ma. Codzienności szmata
w postaci poczytnej gazetki,
do tego chleb, mleko, masło
i jajka, stereotypowo od śniadanka.
Do pracy, do szkoły, po zasiłek,
ewentualnie na najtańszą wódkę,
potem, jeśli będą siły, jakoś się dowlec
do tej zbiorowej mogiły,
sypialni miasta.
A jeśli sił nie starczy, uwalić się na ławce,
w parku, zamknąć oczy by łzy
nie drążyły dziury w żołądku,
spać, sen zabija głupie nadzieje,
kolorowe bajki.
W sobotę do sklepu, całą rodziną,
trzeba wydać te przepocone grosze,
może w promocji będzie salceson,
a może piwo;
W niedziele, jak nakazuje tradycja,
do kościoła, odświętnie,
buty na połysk, ślubny garnitur,
kilka razy przerobiona sukienka;
Modlitwa? jaka kurwa modlitwa,
my jesteśmy pieprzony margines,
nas nawet dla Boga nie ma.
Dodane przez Wierszopis
dnia 09.04.2009 10:54 ˇ
4 Komentarzy ·
404 Czytań ·
|