|
Okolicznym nałogowcom podnajmuję kanapę,
coraz więcej klientów, nakazy eksmisji z życia
się mnożą. Cóż kiedy goście to obowiązkowo:
wódka, śledzik i nieśmiertelny ogór, dyskusje
o liczbach i angeologii.
Sąsiedzi są lekko niezadowoleń, z rana nadchodzą,
szczęściem na kacu jestem bezkonfliktowy,
chyba że uda się zwlec z łóżka. Zresztą lepiej
nie budzić do południa, po jestem mniej skłonny
do niewerbalnej komunikacji.
Wódka pozwala żyć, jak każda namiastka,
my alkoholicy trzymamy się razem,
nawet czasowo zaszyci, na urlopie dziekański
w studiowaniu picia.
Wszystko dla ludzi, i kołyska i trumna,
pomiędzy nim, raz krótsza, raz dłuższa,
zabawa w berka, czasem opaska jakby przyciasna
i gonienie w piętkę śmiertelnie nuży.
Zawsze pozostaje matka głupich, wierze
że w końcu nazbieram odpowiednią sumę
na pocałujcie mnie wszyscy w dupę,
jam jest ekscentryk i niedoceniony geniusz.
Właściwie to nie ma zmartwienia,
Diabła mam wszytego podskórnie.
Dodane przez Wierszopis
dnia 11.09.2009 06:24 ˇ
12 Komentarzy ·
470 Czytań ·
|